xpp

Rozdział Czternasty

- Nienawidzę tego miasta. – powiedział stojąc przy panoramicznym oknie. Spoglądał na las drapaczy chmur, które zasłaniały mu widok na piękne poranne niebo i wschodzące słońce. Spojrzał w dół. Ulice mimo wczesnej pory, były już zatłoczone.
Louise spostrzegła jak piękne jest teraz światło, które padało na jego twarz i idealnie rysuje linię szczęki. Pomyślała, że mogłaby zrobić świetne zdjęcie. Gdyby tylko miała przy sobie aparat.
- Każde miasto jest inne. – Ziewnęła, przeciągając się i przecierając zaspane oczy. Justin odwrócił się zaskoczony. Myślał, że dziewczyna jeszcze śpi i dyskretnie wyszedł z łóżka, żeby zamówić śniadanie. Spojrzał na nią, uśmiechając się szeroko. Louise przypomniała sobie, że jest bardzo wcześnie a ona nie ma na sobie ani grama makijażu i pewnie się rozmazała. Najpierw zakryła twarz dłońmi ale kiedy usłyszała donośny śmiech chłopaka, schowała głowę pod kołdrę.
- To było urocze. – mówił zbliżając się do łóżka. Usiadł na skraju i ściągnął z niej pościel. Ujrzał długonogą zgrabną dziewczynę, z burzą czarnych loków na głowie. Uśmiechała się do niego uwodzicielsko. Zupełnie nie przypominała osoby, która zasnęła obok niego wczorajszego wieczoru. Bo to nie była ta osoba.
Zamknął oczy i pokręcił energicznie głową, próbując odpędzić od siebie złą wizję. Policzył w pamięci do dziesięciu i otworzył oczy. Zobaczył zmartwioną buzię Lou.
Wyciągnęła do niego dłoń i objęła nią policzek chłopaka.
- Wszystko w porządku? – spytała. W jej głosie można było wyczuć troskę.
Justin w odpowiedzi skinął głową. Chciał coś powiedzieć ale nie pozwoliło mu ciche pukanie do drzwi.
- Proszę! – krzyknął i drzwi uchyliły się.
- Przyniosłem wam śniadanie – powiedział Fredo, który wyglądał na zawstydzonego.

***

Reszta jest milczeniem.

Do południa słońce zdążyło porządnie przygrzać i kiedy Justin i Louise wsiedli do samochodu Alfredo, od razu otworzyli wszystkie okna. Skwar jaki panował w środku był nie do zniesienia. Lou miała ochotę wystawić głowę za okno niczym golden retriver. Powstrzymywał ją jednak fakt, że stali w korku na moście Williamsburg’a i ludzie w innych samochodach mogliby uznać ją za wariatkę lub zobaczyć Justina, co prawdopodobnie nie skończyłoby się najlepiej.
Louise nie potrafiła nadal uwierzyć, że zgodziła się na propozycję Justina.

Po śniadaniu rozmawiali o tym jak Nowy Jork jest okropnym i paskudnym miastem. O tym, że Justin nienawidzi mieszkać w hotelu i podróżować samolotem.
- Gdybym tylko mógł się na chwilę stąd wyrwać – powiedział rozsiadając się na wygodnej białej kanapie. – Żeby nikt mnie nie kontrolował.
[chwilę później]
- A ja myślę, że to dobry pomysł – Justin nadal upierał się przy swoim.
- Nie mogę tak nagle wyjechać na tydzień. Szkoła, praca… - Louise przypomniała sobie, że już nie pracuje w kawiarni i chciała się poprawić ale chłopak nie dał jej dość do słowa.
- Mówiłaś, że zaliczyłaś semestr.
- No tak… ale to nie ma nic wspólnego. – W sumie to zajęcia się już skończyły i zaczną dopiero po nowym roku, kiedy oddam kolejną pracę kontrolną, pomyślała ale nie chciała tego mówić na głos. Nie mogła przecież zostawić Peyton samej.
Justin przybrał minę małego chłopca, który prosi mamę o upragnioną zabawkę.
- Jeśli załatwisz mi opiekunkę dla zbuntowanej nastolatki to… - nie dokończyła bo Justin wybuchnął triumfalnym okrzykiem radości. Skakał i wykonywał dziwne ruchy, które po chwili przerodziły się w prawdziwy, profesjonalny taniec. Louise rozpoznała układ do jednej z jego piosenek.
- Musisz nauczyć tego Peyton – powiedziała śmiejąc się.

***

W drodze na Brooklyn, Louise zaczynała nabierać co raz większych wątpliwości. Ale teraz już nie mogła się wycofać.
- Nadal uważam, że to nie jest dobry pomysł. – powiedziała łapiąc się klamki, kiedy Justin gwałtownie skręcił na skrzyżowaniu w prawo. Louise odbiła się od drzwi i prawie na niego wpadła, ale szybko wróciła na swoje miejsce. Chłopak pokręcił tylko głową, śmiejąc się pod nosem.
- Kobiety – burknął.
Louise udała, że nie słyszała tego komentarza. Zrobię mu krzywdę, kiedy wysiądziemy z samochodu, teraz byłoby to zbyt niebezpieczne, pomyślała ściągając brwi.
Justin założył na nos okulary i rozejrzał się, gdy stanęli na chodniku. Żaden z przechodniów nawet nie zwrócił na niego uwagi, co bardzo go ucieszyło. Zamknął samochód i weszli do budynku.

- Pomóc ci? – spytał. Stał w progu sypialni i patrzył z góry na dziewczynę, która pakowała ubrania do dużej walizki. Kiwnęła przecząco głową i wrzuciła do torby dwa grube swetry. Justin odwrócił się i postanowił zrobić sobie wycieczkę po mieszkaniu. Wiedział, że to niegrzeczne wchodzić do każdego pomieszczenia ale był bardzo ciekaw co jest za każdym z białych oszklonych drzwi. Zatrzymał się w kuchni, buszując po szafkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.
- Gotowa! – krzyknęła Louise z pokoju
- Możemy już jechać?
- Nie.
Biorąc telefon z szafki, wybrała numer i poczekała aż odbierze.
- Halo?
- Hej Mike, mam prośbę. Wyjeżdżam na tydzień i prosiłabym cię żebyś zaglądnął od czasu do czasu do mieszkania.
- Jasne
- Sprawdził co tam u Peyton, czy czegoś nie podpaliła albo odwiózłbyś ją na trening.
- Nie ma sprawy.
 - Dziękuję

Po skończonej rozmowie, Louise odniosła wrażenie jakby Mike w ogóle jej nie słuchał i tylko przytakiwał na to co mówi. Zadzwoniła też do dziewczyny i powiedziała jej o swoim wyjeźdźcie, jednak nie wspomniała z kim jedzie i gdzie. Powiedziała jej też, że Mike będzie wpadał do mieszkania co bardzo ją ucieszyło.
- Teraz możemy już jechać
- Boże, w końcu!

***
Zobaczyła światła latarni morskiej. Oświetlała ciemne burzowe niebo i drogę do portu dla przypływających statków. Szła boso po plaży. Mokry piasek przyklejał się do stóp a porywisty wiatr targał jej włosami na wszystkie strony. Zaczęło padać, gwałtownie spadła na nią lodowata woda. Ale nie zatrzymała się, szła przed siebie. Mokre włosy przykleiły się do jej szyi i czoła. Opadły na jej twarz, zasłaniając drogę. Nie odgarnęła ich. Szła dalej w ciemność. Zatrzymała się nagle, widząc nie daleko ludzką postać. Szła po jego śladach  a kiedy on upadł i nadchodzące fale zabrały jego ciało, ona upadła z nim. Ale woda jej.nie zabrała
Obudziła się z oszalałym sercem ale nie krzyknęła. Zorientowała się, że jest w samochodzie. Siedziała na przednim siedzeniu, sama. Wyjrzała przez szyby aby zobaczyć gdzie jest. Dostrzegła napis na budynku i dystrybutory paliwa.

Wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, co się z nami stanie

***

- Przepraszam, że zostawiłem cię samą – mówił Justin. Gdy już wrócił do samochodu z dwoma kubkami gorącej kawy, Louise cieszyła się na jego widok. Uśmiechnęła się, dziękując za napój – Spałaś, nie chciałem cię budzić.
- Za ile będziemy na miejscu? – spytała przyglądając się jego twarzy. Upadł i nadchodzące fale zabrały jego ciało. Potrząsała głową, próbując odgonić od siebie złe myśli. Spróbowała skupić się na czymś innym.
Justin był niezwykle dobrym kierowcom. Bacznie obserwował drogę i nie odrywał od niej wzroku nawet, żeby wziąć łyk kawy.
- Już prawie jesteśmy. – odpowiedział, gdy skręcili w leśną drogę. Jechali przez kilka minut, zagłębiając się w ciemny, ponury las. Zaczynało ściemniać. Louise z przerażeniem patrzyła przez szybę, bojąc się że za chwilę coś wyskoczy z lasu i uderzy w ich samochód. Tak jak to działo się na przeróżnych horrorach. Jednak dojechali do celu bez żadnych niespodzianek.
Wychylając się do przodu, Louise zauważyła niewielki ale ładny drewniany domek ze spadzistym dachem. Budynek stał na skarpie i wyglądał jakby miał się zaraz z niej zsunąć ale wyglądał na stabilny. Prowadziły do niego strome schody. Od frontu miał niewielkie okna zakryte masywnymi okiennicami. Dom wyglądał na zaniedbany.
Chciała spytać Justin czy to jakiś żart ale on dawno wysiadł z auta i taszczył ciężkie torby po schodach. Louise natychmiast wyskoczyła na zewnątrz biorąc wcześniej swoją torebkę i torbę ze sprzętem fotograficznym. Chłopak chciał schować ją do bagażnika ale ona uparła się, że będzie trzymać ją pod nogami.
Wbiegła za nim po schodach o mało nie przewracając na wąskich schodkach. Trzymała się mocno poręczy i prawie stąpała mu po piętach. Wpadła na jego plecy, kiedy zatrzymali się na podeście przed drzwiami.
- Co to za rudera? – spytała pod nosem jednak Justin usłyszał to i zaśmiał się pod nosem.
- Żadna rudera – odparł otwierając szeroko drzwi. Louise wyjrzała mu przez ramię i zobaczyła piękne nowoczesne wnętrze. Zaparło jej dech w piersi.


Rozdział Trzynasty


[Minęły dwa piękne i długie tygodnie]

Przezroczyste pudełeczko pełne białych podłużnych tabletek upadło na podłogę rozsypując zawartość. Ciężkie ciało skuliło się koło łóżka, zanosząc głośnym płaczem. Drżące ręce starał się zacisnąć na mokrych od potu nogach. Rozprostował ręce na wysokości oczu i spojrzał na swoje dłonie. Obraz rozmazywał się i stawał wyraźny co ułamek sekundy.
Nagle zerwał się na równe nogi i podbiegł do wysokiej białej komody. Energicznie przeszukując szuflady wyciągnął notes. Cofając się, usiadł na łóżku z wzrokiem wbitym w okładkę zeszytu. Mimowolnie otworzył go na czystej stronie i zacisnął powieki. Przejechał palcem po pustych linijkach i po chwili słowa same zaczęły się z niego wylewać. Poruszał ołówkiem od lewej do prawej, starannie zapełniając każdy milimetr kartki.
Tekst był tak doskonały, nie potrzebne mu były żadne poprawki.

„Change Me”

***

- Te zdjęcia są świetne, mam nadzieję, że będzie Pani jeszcze lepsza.
Zaliczając pracę semestralną, Louise poczuła ogromną ulgę. Bała się, że nie będzie wystarczająco dobra, żeby otrzymać chociaż dwadzieścia procent. A zdobyła osiemdziesiąt sześć. Z szerokim uśmiechem na twarzy, wyszła z uczelni i udała się w stronę kawiarni. Kupiła tylko kawę i ciasto, więc stwierdziła, że zje je w drodze do domu. Tego dnia wszystko wydawało się jej piękniejsze. Jakby świat uśmiechał się do niej i mówił Jest zajebiście! Zauważyła czerwone auto, które ostatnio widywała zbyt często. Podeszła bliżej i ściągnęła okulary z nosa.
- Mówiłam, żebyś nie przyjeżdżał – zaśmiała się wsiadając do auta. Chłopak odwzajemnił się szerokim uśmiechem i buziakiem w policzek. Od razu zabrał Louise torbę z ciastkiem i zaczął je jeść. Dziewczyna nawet nie zwróciła na to uwagi. Piła swoją kawę, bawiąc się telefonem. Z głośników snuła się cicha melodia. Louise od razu rozpoznała tekst i pogłośniła radio, nucąc pod nosem.
- Nie wiedziałem, że ich lubisz – powiedział Mike wyrzucając opakowanie po ciastku na tylne siedzenie swojego ekskluzywnego auta.  
- Są świetni
Piosenka jednak skończyła się i bez żadnej przerwy zaczęła lecieć kolejna.
Spokojna melodia na początku, po kilku sekundach delikatny ale męski głos.
Odłożyła telefon i wbiła swój wzrok przed siebie. Była jak zahipnotyzowana. Świat dookoła, Mike, przestali się liczyć. Ciarki przebiegły jej po całym ciele. W gardle stanęła wielka gula.

Nie chcę być taki sam

Przełknęła ślinę ale poczuła jak zaciska się jej żołądek.

Może potrafiłabyś mnie zmienić 
Może mogłabyś być światłem 
Które otwiera moje oczy 
Sprawić aby wszystkie moje błędy były poprawne 
Zmień mnie, zmień mnie

Delikatna muzyka tworzona przez pianino i ten niesamowity głos, zniknął kiedy Mike zmienił stację i odpalił silnik. Ruszył tak nagle, że Louise aż wbiło w fotel. 

***

Puste mieszkanie przytłaczało ją. Cisza i ciemność które w nim panowały sprawiały, że czuła się samotnie. Postanowiła więc wyjść. Wzięła ze sobą tylko klucze i drobne na metro. Była zamyślona, kiedy mijała ulicą budynki. Ale jej podświadomość dobrze wiedziała, gdzie powinna teraz być. Mimo późnej pory, nie bała się, że może wpaść na nieodpowiednie towarzystwo. Szła przed siebie, zatrzymując się tylko na pasach. Z daleka musiała wyglądać jak maszyna, która za wszelką cenę próbuje dotrzeć do celu.

Poczuj ból z którym mam do czynienia

Dopiero kiedy stanęła przed zaszklonymi drzwiami, ocknęła się i spojrzała na budynek. Rozejrzała się dookoła, zastanawiając co tutaj robi.
Stchórzyła.
Postanowiła wrócić do domu. Szybkim krokiem zaczęła oddalać się od hotelu, jakby bała się, że może ją ktoś zauważyć lub rozpoznać. Ulicę dalej już prawie biegła. Odwróciła głowę, sprawdzając czy nikt za nią nie idzie. Kiedy spojrzała znowu przed siebie, zamarła.

Grupka starszych chłopaków szła w jej kierunku. Każdy z nich miał zakrytą twarz, ręce schowane do kieszeni ciemnych spodni. Ale nie byli niebezpieczni. Śmiali się, rozmawiali. Louise chciała ich wyminąć ale jeden z nich od razu się zatrzymał i spojrzał na nią. Wymówił jej imię i dziewczyna zamarła w bezruchu. Nawet bała się oddychać.
Kiedy zbliżył się w jej stronę, ściągając z głowy kaptur, światło latarni padło na jego twarz.
- Co ty tutaj robisz? – spytał. Jego twarz nie miała wyrazu. Louise nie wiedziała czy jest zły czy zaskoczony. Ciemne oczy nie wyrażały niczego.
- Ja… tylko… - jąkając się spuściła wzrok. Zamierzała się odwrócić i odejść ale nie potrafiła. Nogi jakby wrosły jej w ziemię. W myślach powtarzała sobie, że powinna stąd iść.
Poczuła jak staje bliżej i obejmuje ją, pochylając się do jej ucha.
- Cieszę się, że przyszłaś.

***

Dziewczyna siedziała na dużym hotelowym łóżku, plecami do pokoju. Wyprostowana, w za dużej granatowej koszuli z logo Toronto Maple Leafs, znowu wyglądała jak maszyna. Poczuła jak łóżko ugina się pod nowym ciężarem. Nie spojrzała za siebie. Wiedziała kto to. 
Światło małej lampki na szafce obok zgasło a ona wciągnęła powietrze ze świstem. Serce zaczęło dudnić jej w piersi. Czuła że przysuwa się w jej stronę. Dotknął jej włosów, zsuwając z nich gumkę i pozwalając im spokojnie opaść na plecy. Złapał ją w pasie i mocno pociągnął w swoją stronę, sadzając między nogami. Louise poczuła się jak mała dziewczynka, kiedy tata robił właśnie tak samo. Każdego wieczoru siedzieli razem i czytali sobie bajki i wymyślali własne.
Objął ją delikatnie a Louise złapała niepewnie jego dłonie i ścisnęła je. Justin nabrał pewności i przytulił ją całym sobą. Poczuł ogromną ulgę. Zamknął oczy i oparł brodę na czubku jej głowy. Dziewczyna jeździła delikatnie paznokciami po jego skórze, przyprawiając go o lekkie mrowienie.

- Może mogłabyś być światłem które otwiera moje oczy – zaśpiewał cicho. Louise uśmiechnęła się i odwróciła głowę w jego stronę.
- Wiedziałam, że to o mnie
Zaśmiał się
- Chyba nie byłem zbyt dyskretny – mówił zakładając pasmo włosów za jej ucho.
Uśmiechał się jeżdżąc powoli palcami po jej policzku. Patrzył się prosto w jej oczy.
Louise czuła się dziwnie. Ta sytuacja była dla niej nowością ale nie chciała tego przerywać. Chciała żeby to trwało wiecznie.
Justin odsunął się i położył na poduszkach, przykrywając cienką kołdrą. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała ale pociągnął ją za rękę, sprawiając, że położyła się obok niego. Objął ją ramieniem a ona położyła mu głowę zimnej skórze. Dotykając palcami jego tatuaży, zadawała pytania co oznaczają, a on jej opowiadał niesamowite historie o tym jak powstały. 

___________
Przepraszam za błędy ale rozdział był pisany dwie godziny temu na telefonie i może być trochę dużo błędów :( 
Przepraszam za tak długą przerwę ale musiałam załatwić swoje sprawy.

Rozdział Dwunasty


- I jak ona się czuje? – smutny ton Mike był tylko zwykłą aktorską grą. Kobieta na oko koło pięćdziesiątki uśmiechnęła się słabo i pokiwała głową z desperacją.
- Nadal jest pod wpływem narkotyków.
Mike odwrócił wzrok, aby wypaść na jak najbardziej załamanego obecną sytuacją. Wyjrzał zza ramienia kobiety, żeby spojrzeć przez małe okienko w drzwiach. Kelsey siedziała na łóżku w praktycznie pustym pokoju, bo właśnie oprócz łóżka nie było tam żadnych innych mebli. Miała na sobie biała długą koszulę, na którą opadały jej ciemne włosy. Miałą spuszczoną głowę. Zauważył, że nadal jest obandażowana.
- Nie wiem jak długo potrwa terapia. Może nawet kilkanaście tygodni lub nawet miesięcy.
Chłopak kiwnął głową i pożegnał się z kobietą.
Opuszczając budynek ośrodka odwykowego, wyjął swój telefon i wybrał numer.
- Tak, jest w ośrodku – mówił kierując się w stronę swojego czerwonego wozu - Nie wyjdzie z niego szybko – zakończył rozmowę śmiejąc się jeszcze do słuchawki.
Teraz musiał znaleźć Louise i sprawdzić czy na pewno wszystko u niej w porządku.

***

Louise siedziała w swoim pokoju za zamkniętymi drzwiami. Wstając z krzesła przy biurku, zamknęła laptopa. Chciała odciąć się od świata. Kiedy wróciła do domu miała ochotę wejść na Facebook’a i porozmawiać ze znajomymi ze starej szkoły, ale gdy tylko zrobiła się online została zasypana milionem wiadomości z pytaniami o Justina. Głównie o ich związek. Przeczytała tylko kilka wiadomości, ale na żadne z nich nie odpisała. Czuła jak narasta w niej złość. Jakaś dziewczyna wysłała jej link do strony plotkarskiej, na której widniały zdjęcia ze szpitala. Jej i Justina. Ktoś ich obserwował. Louise pomyślała, że to chore. Następne zdjęcia sprzed szpitala, jeszcze inne jak Justin całuje się z jakąś dziewczyną, ale to nie była Louise. Nie była do końca pewna czy to na pewno był Justin, przecież media są zdolne do wszystkiego, żeby tylko przyciągnąć widza. Ktoś ciągle był o krok za nią i obserwował każdy jej ruch.
Mając dość całego tego przedstawienia i nękania wiadomościami, Louise odłączyła się od Internetu. Położyła się na łóżku i wzięła do ręki książkę, ale nie była w stanie przeczytać nawet kilu zdań. Ciągle wracała do początku i nie mogła się skupić. Odrzuciła ją na bok. Była już do końca zdesperowana.
Nie mogę więcej czekać

Ubrała na siebie skórzaną kurtkę oraz pierwsze lepsze buty, które akurat były pod ręką. Wypadła z mieszkania i zbiegła na dół po schodach. Pomyślała, że szybciej dostanie się do szpitala, jeśli pojedzie samochodem, ale nie mogła ryzykować zatrzymaniem przez policję. Nie miała teraz czasu na żadne przesłuchania lub spędzenia nocy na komisariacie.
Pomknęła szybko w stronę stacji metra i już pół godziny później znalazła się pod ogromnym budynkiem szpitala. Przez cała drogę starła się zostać niezauważoną. Biegła przez korytarze chcąc jak najszybciej dostać się do konkretnego pokoju. Nawet w windzie tupała z niecierpliwieniem nogą, chcąc żeby jechała szybciej. Przez przypadek wpadła na pielęgniarkę wytrącając z jej rąk tacę z lekarstwami.
Stając przed drzwiami szpitalnej sali jej serce waliło a oddech były szybki. Nie tylko ze zmęczenia, ale też ze strachu. Nie wiedziała, czego ma się spodziewać, kiedy wejdzie do środka. Zauważyła zbliżająca się w jej kierunku pielęgniarkę, którą wcześniej potrąciła ramieniem i weszła do pomieszczenia. Zatrzasnęła za sobą drzwi i kątem oka zauważyła ruch pod białą pościelą. Spojrzała na leżącego chłopaka z podkrążonymi oczami i zapadniętymi policzkami. Wydawała się jeszcze bardziej szczupły niż wcześniej. Mogłaby przysiądź, że spokojnie zmieściłby się w parę jej jeansów. Odepchnęła od siebie te myśli i szybko przypomniała sobie, po co właściwie tu przyszła.
- Chciałem z tobą porozmawiać, ale wczoraj tak szybko wyszłaś – powiedział. Po raz pierwszy jego głos wydawał się jej tak bardzo obcy, jakby rozmawiała z nim po raz pierwszy. Pomyślała, że spędziła przy jego łóżku całą noc.
- Też muszę z tobą porozmawiać – odpowiedziała. Justin kiwnął głową na znak zgody i spojrzał na krzesło obok łóżka, ale Louise nie miała zamiaru siadać.
- Justin, ja… Naprawdę nie wiem, dokąd to wszystko prowadzi. Uważam, że najlepiej będzie, jeśli to zakończymy.
- Co? – usiadł prosto łapiąc się delikatnie za łydki.
- Naszą znajomość. Ja próbowałam ci pomóc, ale nie dałam rady. Nie wiem, co mogę jeszcze zrobić, żeby ona w końcu dała ci spokoju. To jest sprawa pomiędzy tobą a nią. Ja nie mogę się do tego wtrącać.
Zauważyła, że Justin chce coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu na to.
- Nie daję już rady. Czuję, że ktoś narusza moją przestrzeń osobistą. Nagle wszystkich interesuje, co robię i gdzie a to wszystko ze względu na ciebie. Jestem tylko zwykłą dziewczyną, starałam się być tylko dobrym człowiekiem, ale chyba nie potrafię.

Justin patrzył na nią najbardziej tajemniczym wzrokiem. Louise nie potrafiła nic z tego wyczytać. Nie wiedziała czy był zły czy zgadzał się z nią.
- Dobrze, jeśli to jest właśnie to, czego chcesz – powiedział odwracając głową w stronę okna.
Nie to nie jest to, czego chcę.

 ***

Louise chciała załatwić jeszcze jedną sprawę. Weszła do obskurnej kawiarni, która była prawie pusta. Dziewczynie ścisnął się żołądek, gdy zaciągnęła się zapachem paskudnej kawy i powietrza. Lokal chyba dawno nie był wietrzony. Przeszła obok lady i pchnęła odrapane drzwi prowadzące na tyły kawiarni. Szef, który siedział za biurkiem zasypanym papierami, teczkami oraz okruszkami po ciastkach i pączkach, spojrzał na nią. Louise wiedziała, że Harold zaraz wybuchnie wściekłością, więc od razu położyła na jego biurku papiery i odwróciła się chcąc wyjść jak najszybciej z pomieszczenia.
- Co to jest? – spytał niskim głosem. Louise spojrzała na niego.
- Odchodzę.
- Po tym jak nie stawiłaś się w pracy dwa razy?! Nie! To ja cię zwalniam! – krzyknął próbując podnieść się z fotela jednak jego sprawność fizyczna nie pozwoliła mu na to. Louise prychnęła wychodząc z trzaskiem drzwi. Przez chwilę myślała, że wybiła brudną szybę w futrynie. Mijała stoliki i podejrzanych klientów. Nie wiedziała, co powinna teraz zrobić.
Wrócić do mieszkania i zamknąć się w nim, rzucając na łóżko z płaczem czy iść szukać innej pracy?

***

Mike zatrzymał się na ulicy a naprzeciwko stał blok, w którym mieszkała Louise. Rozsiadł się wygodnie na skórzanym siedzeniu jego czerwonego kabrioletu, zakładając na nos ciemne okulary przeciwsłoneczne. Obserwował otoczenie wyszukując w tłumie konkretnej osoby. I wtedy dostrzegł niewysoką dziewczynę ubraną w zwykłe ciemne jeansy, niebieską koszulę i czarną kurtkę. Miała spuszczoną głowę a ciemne kręcony włosy zasłaniały większą część jej twarzy. Wyskoczył z auta, przebiegając przez ulicę. Zatrzymał się koło wejść do bloku i zaczekał aż dziewczyna będzie bliżej niego.
- Louise? – spytał. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Tak?
- Hej. Jestem Mike, przyjaciel Kelsey – przedstawił się wyciągając rękę w jej stronę. Uścisnęła ją.
- Chciałem porozmawiać z tobą o Kelsey.
Kiedy weszli do mieszkania, Louise miała mieszane uczucia. Pierwszy raz widziała Mike i nigdy nie słyszała, żeby Kelsey wspominała o nim choćby słowo.
Usiedli przy stole.
- Przejdę od razu do rzeczy. Kelsey jest na odwyku. Przyjechała do mnie kompletnie pijana i pod wpływem narkotyków, więc zadzwoniłem do jej rodziców. Zabrali ją ode mnie i oddali do ośrodka.
- Ale… - tylko tyle zdołała wyjąkać Louise.

- Jej rodzice próbowali się z tobą skontaktować, ale chyba się im nie udało. Więc poprosili mnie, żeby ci to przekazał. 

__________
Rozdział nie jest długi. Przepraszam ale nie miałam czasu, żeby nad nim popracować. Kończą mi się ferie i jutro szkoła więc znowu muszę się uczyć. 
Obiecuję, że następny będzie dłuższy.
Pojawiła się ankieta, prosiłaby o zaznaczanie odpowiedzi :)
Prosiłaby też o komentarze bo chcę wiedzieć czy komuś podoba się moje opowiadanie.

Rozdział Jedenasty


O trzeciej osiemnaście zadzwonił telefon. Louise ledwo widząc, sięgnęła po komórkę. Nawet nie spojrzała, kto dzwoni. 
- Musisz tutaj jak najszybciej przyjechać! – usłyszała znajomy jej głos. Usiadła szybko na łóżku.
- Fredo? – spytała niepewnie.
- Tak! Błagam, przyjedź tutaj, za nim będzie za późno! – wrzasnął rozłączając się. Louise rozbudziła się w jednej sekundzie. Zerwała się szybko z łóżka i zaczęła ubierać. Pierwszy raz w życiu sięgnęła po kluczyki od samochodu Kelsey. Auto stało na chodniku ulicę dalej. Dziewczyna praktycznie w ogólne nim nie jeździła. Ale nie chodziło o to. Louise nawet nie miała prawda jazdy jednak wiedziała jak odpalić silnik i myślała, że da radę dojechać do hotelu. Miała też skrytą nadzieję, że nigdzie nie będzie patrolu.


Drzwi otworzyła jej matka Justina. Wyglądała na naprawdę zmartwioną a jednocześnie przerażoną. Wpuściła Louise do środka i szybkim krokiem ruszyła w stronę salonu. Dziewczyna nie wiedziała, czego ma się spodziewać po tym telefonie. Kiedy jechała samochodem na Fifth Avenue, była tak zamyślona, że dwa razy przejechała na czerwonym. Na szczęście ruch był mały i w okolicy nie zauważyła żadnych radiowozów.
Była również zaskoczona swoją zdolnością prowadzenia auta. Kiedy wsiadła do niego myślała, że albo w ogóle nie ruszy z miejsca albo wjedzie w pierwszą napotkaną przeszkodę.
Ale udało się jej dojechać z Brooklynu pod sam hotel na Manhattanie. 

To, co zobaczyła w hotelowym salonie, zupełnie zwaliło ją z nóg. Po raz kolejny tego dnia, prawdę mówiąc było przed czwartą nad ranem, nie była pewna czy to dzieje się naprawdę.
Nieprzytomny Justin leżał obok kanapy. W lewej ręce trzymał pustą butelkę wódki, w drugiej strzykawkę. Miała ochotę krzyknąć. Czuła jak traci panowanie nad nogami. Nie mogła ustać. Ziemia zaczęła wokół niej wirować. Przytrzymała się kobiety, która stała zaraz obok. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić.
- Co… co mu jest? – powiedziała nie kontrolując słów. Nie tak chciała się określić – To znaczy, co on sobie zrobił?
- Narkotyki.

Świat się zatrzymał. Albo wszystko działo się w zwolnionym tempie. Przed jej oczami przelatywały nie wyraźne obrazy przedstawiające Justina i Kelsey.  
 - Wstrzyknął sobie niewiele – usłyszała opinię lekarzy, którzy zjawili się w hotelu dziesięć minut później – Kilka mililitrów więcej i to nie mógłby skończyć się dobrze.
- Czyli, że wyjdzie z tego? – spytała matka Justina, patrząc jak jej syn zostaje wyniesiony w pokoju na noszach.
Louise nie słyszała nic więcej. Widziała tylko jak wywożą ciało chłopaka, któremu obiecała pomóc. W jej oczach zebrały się łzy. Przecież wszystko było dobrze. Przecież rozmawiała z nim dziś.
- To przez Kiersey – powiedział Fredo, który stało obok niej. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w jego stronę.
- Ale jak to?! – wrzasnęła zwracając uwagę lekarza i matki Justina. – Przecież wszystko było dobrze!
Nie wytrzymała i zaczęła płakać. Pattie podeszła i przytuliła ją mocno.

Od osoby, która była bardzo blisko z Justinem Bieberem dowiadujemy się, że gwiazda przez dłuższy czas ma problemy w narkotykami i naużywaniem alkoholu

Wściekłość, która ją ogarnęła była nie do opisania. W jednej chwili miała ochotę coś rozwalić a w drugiej rozpłakać się. Bezradność, która ją ogarnęła i poczucie winy, dobiły ją. Wiedziała, że to przez nią Justin doprowadził się do takiego stanu. To ona pogorszyła sprawę z Kiersey.
Ale Louise nie chciała dać za wygraną. Ostrzegała ją, że to skończy się dla niej źle.

***

Siedząc całą noc przy łóżku chłopaka, do którego darzyło się nieokreślone uczucia, było dla Louise prawdziwą męką. Nie spała, nie mogła zasnąć. Zbyt bardzo bała się, że kiedy otworzy oczy, Justina nie będzie w łóżku, że tak po prostu zniknie. Albo dowie się najgorszego, jednak próbowała nie dopuszczać do siebie tej myśli. Ściskała mocno jego dłoń i po raz pierwszy z życiu błagała Boga. Pragnęła, żeby przywrócił jej Justina.
W szpitalnym pokoju panowała grobowa cisza. Louise wydawało się, że sekundy ciągną się jak godziny. Słyszała tylko dźwięki aparatury, do której był podłączony chłopak. Co godzinę przychodziła pielęgniarka, żeby sprawdzić stan pacjenta i żeby wymienić kroplówkę. 
Uśmiechała się do niej pocieszająco, ale nie mówiła, że wszystko będzie w porządku. Nie podawała żadnych znaczących informacji o stanie jego zdrowia.
Rozmyślenia przerwał telefon Louise. Peyton. Zupełnie o niej zapomniała.
- Słucham – powiedziała odbierając połączenie – Przepraszam, że zostawiłam cię samą. Musiałam wyjść – zaczęła na wstępie.
- Nic się nie stało – usłyszała zaspany głos dziewczynki – Kiedy wrócisz?
- Niedługo i obiecuję, że pojadę z tobą na trening
- Dobrze. Rozmawiałaś wczoraj z Justinem? – spytała. Pytanie to kompletnie zbiło ją z tropu.
- Nie… - odpowiedziała niepewnie
- Dziwnie zareagowałaś, kiedy cię pocałował. Zemdlałaś a on zar… - dalej jej nie słuchała. Pocałował mnie?! Więc nie wymyśliłam sobie tego! Pomyślała. Naprawdę to się stało.
Spojrzała na Justina. Wyraz twarzy miał spokojny, jakby podobało mu się to, że tutaj jest. Jakby był szczęśliwy. Miał lekko podkrążone oczy i spuchnięte usta. Rozłączyła się, odkładając telefon na stolik obok łóżka. Odwróciła wzrok, kładąc głowę na białej kołdrze obok biodra chłopaka. Ciągle ściskała jego dłoń.
- Tak bardzo cię przepraszam – wyszeptała do siebie, ale na tyle głośno, żeby Justin mógł to usłyszeć. Od pięciu godzin jego stan w ogóle się nie zmieniał. Leżał ciągle nie przytomny.
- Nie chciałam, żeby to się wydarzyło.
- To nie była twoja wina – usłyszała słaby głos chłopaka. Poderwała się na nogi a jej serce waliło jak oszalałe. Cieszyła się, że nareszcie się wybudził, ale po chwili całą radość zastąpiła złość.
- Jak mogłeś mi to zrobić? – spytała a w jej oczach zebrały się łzy. 
- Ja… nie rozumiesz – odparł stanowczym tonem.
- Masz rację, niczego już nie rozumiem – powiedziała cofając się do tyłu. Justin chciał coś powiedzieć, ale do pokoju weszli lekarz i jego rodzice, więc Louise postanowiła ich zostawić. Trzymając w ręce kluczyki od auta Kelsey, skierowała się w stronę windy. Kiedy zjechała na parter i miała zamiar wyjść już ze szpitala, za przezroczystymi szybami dostrzegła tłum ludzi. Najprawdopodobniej ktoś musiał już powiadomić media o incydencie w hotelu. Louise powoli zaczynała nienawidzić ludzi za ich wścibskość i chęć pogrążenia innego człowieka.
Wybiegła na zewnątrz przepychając się przez tłum paparazzich. Usłyszała za sobą przekleństwa, ale także brzydkie komentarze i pytania o Justina. Próbując ich nie słuchać przebiegła przez ulicę i szybkim ruchem zaczęła otwierać drzwi samochodu.

- Już jestem- krzyknęła Louise wpadając do mieszkania i rzucając klucze na blat w kuchni.
- To dobrze – odpowiedziała Peyton, stojąc w progu pomieszczenia. Dziewczyna odwróciła się jej stronę i szeroko uśmiechnęła. Spojrzała na Peyton, która miała na sobie szare dresowe spodnie z opuszczonym krokiem, koszulkę z nadrukiem jej grupy tanecznej i czerwone tenisówki przed kostkę. Włosy związała w wysokiego kucyka.
- Jeśli chcesz, możemy już jechać – powiedziała Louise, biorąc butelkę z wodą i upijając łyk.
- Jasne, tylko wezmę torbę.
Louise sięgnęła do kieszeni, żeby sprawdzić coś w telefonie, ale uświadomiła sobie, że go tam nie ma. Położyłam go na szafce obok łóżka, pomyślała. Został w szpitalu.
- Zajebiście – powiedziała pod nosem. Prawie w ogóle nie przeklinała, chyba że była naprawdę wściekła.

Wsiadając w pociąg na Nassau Av w kierunku Church Av, Louise była wykończona. Spała tylko trzy godziny. Opierając głowę o metalową rurę, zamknęła oczy i prawie zasnęła, gdyby nie to, że pociąg szybko dojechał do następnej stacji, na której dziewczyny musiały się przesiąść.
- Kiedy znowu… idziesz do pracy? – spytała Peyton. Tak naprawdę chciała zapytać, kiedy znowu przyjdzie Justin ale szybko ugryzła się w język. Przypomniała sobie rozmowę z Louise rano i jej reakcja nie była najlepsza. Stwierdziła, więc, że nie będzie o to pytać.
- O Boże, kompletne zapomniałam.
Louise powinna właśnie wracać z pracy, a nie poszła do niej w ogóle przez całą wczorajszą akcję z Justinem. Przez pocałunek, który okazał się prawdziwy a nie zmyślony. Dopiero teraz dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, jak Justin bardzo zmienił jej życie. Znali się dopiero pięć dni a wydarzyło się tak dużo. Graniczne emocje, prawda i sprawy, o których wcześniej nie miała pojęcia. To wszystko wydawało się jak wyjęte z jakiegoś kiepskiego filmu. Fanka poznaje swojego idola i oboje zaczynają się w sobie zakochiwać. Ale zaraz, Louise nie czuła nic takiego do Justina. On nawet nie był jej idolem. Ona po prostu wiedziała, że musi mu pomóc. Nie wiedziała, dlaczego, ale czuła w sobie coś takiego, co sprawiało, że nie mogła się poddać. Próbowała nawet nie myśleć o tym, że Justin jest sławny. Starała się traktować go jak normalnego chłopaka, co nie zawsze jej wychodziło.

- Tęsknię za Kelsey – powiedziała nagle Peyton, gdy stały na peronie i czekały na metro.
Louise dostrzegła w wyrazie jej twarzy prawdziwy smutek i ból. Małej było naprawdę ciężko. Bez rodziców ani nawet siostry, ale oni byli. Żyli kilka tysięcy mil stąd. A Lousie? Można było powiedzieć, że została sama we wszechświecie. Nie miała rodzeństwa, ojciec zginął a matka ją zostawiła i jakby tego było mało przyczepił się do niej jakiś facet z problemami. Nie powinnaś tak myśleć, powiedziała bezgłośnie do samej siebie.
- Ja też – odpowiedziała przyciągając dziewczynkę i przytulając ją.

***

- I jak się czujesz? – spytała mama Justina, siadając obok niego na szpitalnym łóżku. Obok niej stał lekarz, który analizował kartkę pacjenta i mówił coś do siebie szeptem.
- Dobrze – odparł chłopak oglądając wenflon z długą przezroczystą rurką wystając z jego dłoni. Kiedy nią poruszał czuł lekki ból. Oprócz tego bolała go głowa i zbierało mu się na wymioty, gdy próbował się podnieść.
- Wszystko jest dobrze. Ale musi pan jeszcze przejść przez badanie psychologiczne. Takie zachowanie nie jest normalne.
Justin skrzywił się na słowa lekarza. Nie miał zbytnio ochoty rozmawiać z obcą kobietą lub mężczyzną o swoich problemach.
Pattie kiwnęła głową, zgadzając się z lekarzem. Po czym wstała i wyszła razem z nim.
Chłopak ciągle myślał o Louise. Wiedział, że postąpił źle i nie czuł się z tym dobrze. Nie pomijając tego, co wczoraj zrobił. Nie mógł się powstrzymać. Jak każdemu facetowi, brakuje bliskości kobiety. A zwłaszcza Justinowi, który przez długi okres odbywał stosunki z atrakcyjną dziewczyną. Zapomniał już, że go szantażowała. On po prostu czerpał z tego przyjemność, ale nie chciał się do tego przyznać, nawet przed samym sobą.
_______

Rozdział napisany daaawno temu :)
Teraz pracuję nad drugim opowiadaniem [link] i posty tutaj mogą pojawiać się nieco rzadziej. Myślę jednak, że zacznę publikować na drugim blogu dopiero jak tutaj dobiegnie koniec części pierwszej.
Liczę na komentarze chociaż liczba wyświetleń też mnie satysfakcjonuje :)

Rozdział Dziesiąty

Louise stała w kuchni i przygotowała dla siebie i Justina napoje, kiedy usłyszała trzask zamka i nagle przypomniała sobie, że nie mieszka sama. Wbiegła do korytarza i wpadła na Peyton. Dziewczyna syknęła w bólu rozmasowując ramie.
- Ej, co jest? – zapytała próbując wyminąć Louise, lecz ta stanęła jej na drodze. Obejrzała się szybko, zaglądając do salonu, gdzie Justin oglądał telewizor i jednocześnie buszował w Internecie.
- Chcę iść do łazienki i wziąć prysznic – Petyon nie dawała za wygraną.
- Błagam, tylko nie krzycz ani nie mdlej czy coś! – krzyknęła, kiedy dziewczynce udało się wyminąć ją i wejść do salonu.
- O, hej – powiedział Justin na jej widok. Louise bała się reakcji Peyton, ale ona tylko odpowiedziała cześć i poszła do łazienki.
- Okej – powiedziała przeciągle – To było dziwne.
Justin chyba nie wiedział, o co jej chodzi, bo dziwnie na nią spojrzał. Po chwili Peyton wróciła do salonu i stanęła w drzwiach. Spojrzała na nią unosząc brwi.
- Dlaczego miałabym krzyczeć na widok jakiegoś chłopaka? – spytała pokazując na niego palcem
- Nie wiesz, że brzydko pokazywać palcem? – spytał Justin.
- No nie wiem – odpowiedziała Louise kompletnie olewając chłopaka.
Peyton spojrzała najpierw na nią a potem na chłopaka. Podeszła do włącznika i zapaliła światło, sprawiając, że pokój był o wiele jaśniejszy. Przekręciła głowę.
- To nie jest Justin Bieber, no nie? – mówiła jakby do siebie, ale na jej pytanie odpowiedział właśnie on.
- Hej, miło mi – uśmiechnął się pokazują rząd białych zębów. Louise bacznie przyglądała się dziewczynie, która stała bez ruchu wpatrując się w chłopaka.
- Wszystko z nią w porządku? – zapytał Justina, lekko przerażony.
Peyton wydała z siebie cichy pisk.
- Skąd? Ale jak? Co? – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu
Justin zaczął się śmiać a Louise po prostu stała.
- Uwielbiam jak moi fani tak reagują
- Nie jestem twoją fanką, ale to… jest po prostu dziwne! – krzyknęła uśmiechając się – Dziś są moje urodziny, czy jak?
- Nie, twoje urodziny są za dwa miesiące.
- Więc co on tutaj robi? To sen, prawda? – mówiła jak nakręcona zabawka.
- To mój…
- Przyjaciel. Jesteśmy przyjaciółmi – odpowiedział za nią.

- Nie mówiłaś, że przyjaźnisz się z Justinem Bieberem! – oburzyła się Peyton siedząc w swoim pokoju. Louise nawet nie usłyszała, co powiedziała. Ciągle miała w głowie słowa Justina, które zapętlały się bez końca.
- Jesteśmy przyjaciółmi – wyszeptała do siebie, wpatrując się w ścianę.
- Louise! Mówię do ciebie! – krzyknęła dziewczynka wymachując przed nią rękoma.
Justin akurat wyszedł z łazienki, więc Louise wróciła do salonu, zamykając za sobą drzwi od sypialni Peyton. Dziewczynka wkurzyła się, że nie może z nimi siedzieć.
- To siostra twojej przyjaciółki, prawda?  - zapytał Justin, przyglądając się jednej z fotografii na półkach. Miał na myśli oczywiście Peyton.
- Tak, skąd wiesz?
- Są do siebie strasznie podobne, i do Seleny też.
- A ty dalej o tym – Louise wypuściła ze świstem powietrze.
- Mówię tylko, że są do siebie podobne – odparł Justin zajmując miejsce obok dziewczyny – Nie są przez przypadek spokrewnione?
- Są, ale nie wiem jak to działa. Ciotka kuzynki siostry wujka, nie mam pojęcia.
Justin zaśmiał się, po raz kolejny biorąc na kolana laptopa Louise.
- Radziłabym ci, żebyś sprawdził folder Prywatne – odparła Peyton, która stała w progu swojego pokoju. Oboje spojrzeli na nią a Lou zrobiła się czerwona na twarzy, bo dobrze wiedziała, o jaki folder jej chodziło.
- Co? – spytał Justin – Masz tam swoje nagie zdjęcia? – zaśmiał się a dziewczyna uderzyła go w ramię.
- Lepiej! – krzyknęła Peyton, w której nagle zebrało się więcej odwagi. Podeszła do chłopaka i usiadła obok niego. Louise szybko zamknęła klapkę laptopa i wyrwała go z rąk Justina.
- No ej! – wrzasnęli oboje – Daj zobaczyć!
- Nie mam mowy! – odpowiedziała Louise chowając laptopa za sobą. Justin poderwał się na nogi i stanął nad nia, patrząc groźnym wzrokiem.
- Oddawaj laptopa – wysyczał próbują ją przestraszyć. Louise próbując stłumić śmiech, kiwnęła przecząco głową.
- Idę po aparat! – krzyknęła Peyton wybiegając z salonu.
Justin, co raz bardziej pochylał się na Louise, starając się przekonać ją, żeby oddała mu laptopa. Robił to oczywiście dla zabawy. Ich czoła prawie się stykały, kiedy chłopak stracił równowagę i poleciał na dziewczynę, przygniatając ją do kanapy.
- Złaź ze mnie, grubasie! – krzyknęła
- Nie – powiedział Justin uśmiechając się szeroko – Podoba mi się ta pozycja.

I nagle uświadomił sobie, że jest wolny od Kiersey. Ale, on tego nie chciał. On pragnął znowu wrócić do jej domu, położyć się koło niej, dotykać jej, czuć ją.
Kiedy zniknęła Kiersey, zniknęła część jego.

I dlatego, nie chciał puścić Louise. Znaleźli się w intymnej sytuacji a jemu brakowało tego. Bliskiej obecności z inną osobą.
Więc kiedy zauważył, że dziewczyna zaczyna się rumienić, przysunął się jeszcze bliżej, dotykając jej części ciała, której nie dotykał nigdy żadne chłopak. Louise szybko zorientowała się, o co mu chodzi i starała się go odepchnąć.
Justin poczuł, że to jest jedyna okazja, żeby to zrobić, więc przysunął swoją twarz do jej i zaczął ją całować. Louise była porażona i zaskoczona. Zaczęła bić go pięściami po plecach, ale on nawet nie zareagował.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? – zapytał Justin a Louise gwałtownie się ocknęła. Justin stał na nią i dziwnie na nią patrzył. Peyton stała obok niego i oboje wyglądali dość dziwnie.
- Co? Ja? – odparła odwracając wzrok – Przepraszam, zamyśliłam się  - odpowiedziała, wstając i wymijając ich. Poszła do łazienki i zamknęła się w niej. Usiadła na krawędzi wanny i schowała twarz w dłoniach.
Czy to, co się przed chwilą stało, wydarzył się naprawdę? Czy ja to sobie tylko wymyśliłam? Myśli Louise krzątały się w jej głowie. Zatkała korkiem wannę i puściała wodę, ściągając z siebie ubrania. Kładąc się w gorącej wodzie, nadal myślała o Justinie.
Jak to w ogóle możliwe, że wymyśliła coś takiego?

***

- Coś ty jej zrobił?! – wrzasnął Mike, patrząc wściekłym wzorkiem na Willa, który stał nad ciałem Kelsey. Chłopak popchnął go do tyłu i klęknął obok dziewczyny, sprawdzając jej tętno. Podniósł ją i wziął na ręce. Przeszedł przez podwórko, patrząc groźnie na innych ludzi, którzy mierzyli ich wzrokiem.
Położył ją na tylnym siedzeniu swojego auta i spojrzał na tył jej głowy. Krew ciekła strumieniem. Wyciągając szybko apteczkę, opatrzył jej ranę. Nie widział innego wyjścia. Nie mógł jechać do lekarza, zadawaliby zbyt dużo pytań. Rozejrzał się, dookoła ale nie wiedział nigdzie rodziców dziewczyny. Will stał za nim, trzymając w ręce pistolet, którym uderzył Kelsey.
- Co robisz?! – krzyknął próbując go zatrzymać, gdy wsiadał do auta.
- Zabieram ją do domu! A co mam zrobić?! Zostawić ją tutaj i pozwolić, żeby ją znaleźli i zobaczyli, że Louise jest sama w Nowym Jorku?! I, że mnie z nią nie ma?!
Will milczał tak jak inni.
- Mogłeś ją zabić! – warknął
- Musiałem to zrobić! – odezwał się w końcu wymierzając w jego stronę pistolet – Mogła się kurwa o wszystkim dowiedzieć i wtedy, twoja suka nie była by bezpieczna!
W Mike’u zawrzało i nie mógł mu podarować, że określił Louise lub Kelsey suką. Jednak nie mógł zrobić tego teraz. Miał nie wiele czasu. Musiał szybko zabrać stąd Kelsey i zadbać o bezpieczeństwo Louise. Zauważył, że z domu wychodzi wysoki mężczyzna, na którego czekał. 
Regan podszedł do jego auta i na przednim siedzeniu położył torbę. Miał kamienny wyraz twarzy.
- Na lotnisku czeka na was samolot. Zabierz ją do domu – zerknął na córkę. W środku miał ochotę ją mocno przytulić i powiedzieć, że kocha swoją rodzinę jednak nie mógł tego zrobić.
Mike kiwnął głową i jak najszybciej odjechał, pozostawiając za sobą kurz.

***

Louise owinięta w ręcznik, przeszła przez korytarz i weszła do swojego pokoju. Przebrała się w piżamę i położyła do łóżka. Była zamyślona a jej ruchy powolne, jakby cała życiowa siłą z niej upłynęła. Spojrzała na ramkę ze zdjęciem, która stała na szafce.
Fotografia przedstawiała dwie dziewczynki ubrane w kostiumy kąpielowe. Za nimi rozciągał się ocean. Louise szybko wróciła do tego dnia, kiedy po raz pierwszy poznała Kelsey. Były razem na obozie pływackim. Pamiętała jak świetnie się dogadywały, nie widziały świata po za sobą. Ale mieszkały w innych miastach, odległych od siebie od kilkanaście tysięcy mil. Louise pochodziła z Savannah w Georgie a Kelsey mieszkała pod Nowym Jorkiem.
Ich kontakt zerwał się zupełnie, bo tata Louise otworzył firmę w Europie i przenieśli się do Paryża.
I nagle Kelsey pomyślała o rodzinie, która mieszka w Savannah. O swojej kuzynce Vannesie, która była jej najlepszą przyjaciółką w dzieciństwie. Nie rozmawiały od lat i Louise pomyślała, że łajnie byłoby się z nią spotkać albo, chociaż porozmawiać. Problem w tym, że nie miała nawet jej telefonu.
Odwracając się na brzuch, zamknęła i próbowała zasnąć, ale udało się jej to dopiero po północy.

***

- Teraz najbezpieczniejszym dla niej miejscem będzie odwyk – powiedziała matka Kelsey, w co Mike na początku nie mógł uwierzyć. Jak własna matka może wysłać dziecko na odwyk? Ale był świadomy, że po części to jej wina, że Kelsey zaczęła brać. I jego także. Nie był pewien, kiedy ostatni raz dziewczyna coś ćpała, ale musiał postąpić słusznie.
Wpatrując się w długą igłę od strzykawki, spojrzał ukradkiem jak Kelsey zaczyna się budzić. Bez dłuższego wahania, wbił igłę w nadgarstek, wstrzykując do środka dawkę heroiny.
_____________


Proszę państwa, oto on :)
Liczę na komentarze 

Rozdział Dzięwiąty

- Chcę zabrać cię na koniec świata! – wykrzyknął Justin rzucając się z radości na tylnym siedzeniu. Louise zaśmiała się oglądając się za siebie i spoglądając na niego.
- Ale wiem, że to niemożliwe – dodał smutniejszym głosem. Dziewczynie wydawało się, że w ciało chłopaka wstąpiła inna osoba. Nowa. Przede wszystkim szczęśliwa.
- Zawsze możecie przyjść do hotelu – zaoferował Fredo, uśmiechając się delikatnie w stronę Lou. Był jej wdzięczny. Sprawiła, że wrócił jego stary kumpel.
- Muszę iść na wykłady – odpowiedziała rozczarowując chłopaków. Justin momentalnie posmutniał. Zapadła cisza.
- Odwiozę cię na uczelnie i odbiorę z niej! – krzyknął po chwili brunet.

Justin po raz pierwszy od kilku miesięcy czuł się szczęśliwy. Czuł jakby jego ciało zostało uwolnione z wielkiego ciężaru. Z każdą upływającą minutą, zaczął zdawać sobie sprawę, co tak naprawdę się dzieje. Jesteś wolny. Powtarzał sobie w myślach. Sekundy upływały szybko tak samo jak szczęście z jego ciała.
Przecież Justin nie przychodził do niej, dlatego, że musiał.
On po prostu tego chciał.

Auto zatrzymało się gwałtownie pod ogromnym budynkiem z bordowej kostki. Ściany w niektórych miejscach były obdarte albo zniszczone przez graffiti. Kilka długich schodków prowadziło do głównego wejścia wyższej szkoły artystycznej na Manhattanie. Drzwi również były zniszczone i odrapane, ale studenci nie zwracali uwagi na walory architektoniczne budynku, w pośpiechu wbiegali do środka zatrzaskując za sobą ciężkie ciemne drewno.
Louise sięgnęła po swoją torbę z tylnego siedzenia, sprawdziła czy ma w kieszeni swoją komórkę i złapała za klamkę. Odwróciła się, spoglądając na kolegów. Fredo, zamyślony opierał dłonie na kierownicy, wpatrzony przed siebie. Justin natomiast przesunął się do przodu, wysuwając głowę pomiędzy przednie siedzenia, przyglądał się dziewczynie. Lustrował jej twarz, dostrzegał każdy szczegół. Dobrze wyregulowane brwi, wytuszowane długie rzęsy, piwne oczy z ciemną zieloną obwódką, pełne malinowe usta.
- Więc widzimy się o osiemnastej? – zapytał po chwili wpatrzony w jej oczy. Nawet nie mrugał. Louise kiwnęła głową, obdarowując ich lekkim uśmiechem wyskoczyła z auta. Zatrzasnęła drzwi i weszła po schodach. Zakładając torbę na ramię przeszła przez drzwi zanurzając się w ciemnym korytarzu.

***

Samochód mknął przez autostradę z niewiarygodną szybkością, zostawiając za sobą innych podróżnych. Czerwony lakier lśnił w promieniach słońca i odbijał w sobie zarys drzew, które mijali przy drodze. Kelsey ujrzała przed sobą tablicę z informacją o zjeździe 116. Nie orientowała się zbyt dobrze w mapach drogowych, ale wiedziała, że w stronę Teksasu powinni jechać trzydziestką. Nie zadawała, żadnych pytań. Siedziała wbita w oparcie skórzanego fotela, zapatrzona w drogę. Wciąż była przerażona nagłym wybuchem Mike’a. Fascynowała ją jego tajemnicza osoba i drapieżny charakter. Nie interesowała się zbytnio jego sprawami, chociaż ciekawiło ją, dlaczego za wszelką ceną musi być blisko Louise. Nie zdawała za dużo pytań, bo dostawała od niego to, na co najbardziej liczyła. Prochy i zielsko.
Sięgnęła po kurtkę z tylnego siedzenia i włożyła ją na siebie, kiedy zauważyła, że zwalniają i wjeżdżają w polną drogę. Byli daleko od głównej ulicy, w pobliżu nie zauważyła żadnych domów ani zabudowań. Trzęsąc się na dziurawej powierzchni wjechali w las. Słońce nie mogło przebić się przez grubą warstwę gałęzi i liści. Na auto padały jedynie nie liczne promienie dając lekką poświatę, ale mimo to było ponuro. Po ramionach Kelsey przebiegły dreszcze. Droga ciągnęła się jeszcze daleko przed nimi. Spojrzała na Mike. Zaciśnięta szczęka zarysowała się wyraźnie na ciemnej skupionej twarzy. Oczy miał zmrużone i podkrążone od zmęczenia. Wpatrzony przed siebie ręce zacisnął na kierownicy, mięśnie ramion napięły się. Kelsey pomyślała, że to nie najlepszy moment, aby zapytać, o co chodzi.
Auto gwałtownie zatrzymało się na podjeździe wysypanym małymi kamyczkami. Mike zgasił silnik i zaciągnął ręczny. Dziewczyna rozdziawiła usta na widok ogromnego budynku, który nagle wyrósł przed jej oczyma. Nie chodziło o to, że była to droga elegancka willa, bo nie była. Budynek był kompletną ruiną. Szyby w oknach na piętrze były rozbite, niektóre zabite dechami lub zaklejone folią, dach najprawdopodobniej przeciekał przez wielką dziurę z lewej strony.
Wszystkie dziury na parterze, w których kiedyś były okna i drzwi zostały zamurowane. Drewniane schodki prowadzące do głównego wejścia były połamane, tak samo jak poręcz i barierki na tarasie. Większą część budynku porastały zarośla, głównie bluszcz, który zaczął żółknąć.

Kelsey nawet nie zauważyła, kiedy Mike wysiadł za auta i ruszył w stronę wejścia. Odwrócił się plecami do budynku i wkładając ręce do kieszeni spodni, wyglądał jakby na coś czekał. Dziewczyna wyglądała na naprawdę zszokowaną. Wstała, wychylając się nad przednią szybą i chciała krzyknąć coś do niego, jednak zamknęła usta, kiedy zza rogu wyszła jakaś postać.
Kelsey rozpoznała w niej kobietę, wysoką, szczupłą jak ona.
- Mama?

***

Zajęcia zleciały szybciej, niż Louise się spodziewała. Większą część spędzili na oglądaniu prac studentów, które nauczyciel wyświetlał przez rzutnik. Autorzy byli anonimowi a każdy musiał wypowiedzieć swoją opinię i wrażenia, na temat prac. Louise najbardziej spodobał się zestaw zdjęć, które przedstawiały największe gwiazdy show biznesu. Na przykład, komuś udało się złapać modelkę Victoria’s Secret na podjadaniu fast-foodów.  Louise wiedziała o  niej tylko tyle, że podobno jest zapaloną wegetarianką i zwolenniczką zdrowego trybu życia. Czego więc nie robi się dla rozgłosu?
Kiedy przyglądała się pracą, myśli przyniosły jej Justina. Przypomniała sobie ile razy oglądała jego zdjęcia w plotkarskich gazetach, na których wychodził uśmiechnięty i zadowolony z życia. A przecież tak nie było i sama zdołała się o tym przekonać. Media niesamowicie potrafią omotać ludzi. Pomyślała, że po raz ostatni kupiła taką gazetę lub weszła na plotkarską stronę.  
Zbierając rzeczy z małego stolika przed swoim stałym siedzeniem, pożegnała się z koleżankami i opuściła salę wykładową. Mijając korytarzami spieszących się, tak jak ona, studentów sprawdziła godzinę. Dochodziła dziewiętnasta. Wypadła na schody przed swoim uniwersytetem, o mało nie przewracając stojących obok dziewczyn. Spojrzała na nie, rzucając pod nosem przeprosiny i już miała zejść po stopniach, kiedy ktoś zwrócił jej uwagę. Na chodniku o poręcz opierał się Justin. Serce zawaliło jej milion razy szybciej i przypomniała sobie, że miał ją odebrać pod zajęciach. Rozejrzała się na boki czy aby na pewno nikt nie krzyczy, nie piszczy i nie biegnie w jego kierunku a potem uświadomiła sobie, że tutaj są sami studenci i pewnie połowa nawet go nie zauważyła. Po drugie, Justin był dobrze zamaskowany. Ubrany w czarne spodnie, jeansową kurtkę, biały T-shirt i buty za kostkę niczym nie różnił się od kolegów z jej uczelni. Po trzecie miał na sobie czapkę z daszkiem, kaptur i ciemne okulary, ale mimo to Louise mogłaby rozpoznać go nawet, jeśli stałby na drugim końcu ulicy.
Dopiero, kiedy zeszła na trzeci stopień zauważyła, że w prawej ręce, którą chował za sobą, trzymał pojedynczy kwiat. Nie była pewna czy była to róża, dopóki jej go nie wręczył. Uśmiechał się szeroko przyglądając się Louise i wyrazowi jej twarzy. Muszę wyglądać naprawdę idiotycznie, pomyślała.
- Naprawdę, nie musiałeś – powiedziała, oglądając różę. Mimo iż widziała już tysiące róż, ta była inna, wyjątkowa.
Była od Justina…

Siedząc w białym Ferrari, Louise czuła się dziwnie. Nie tylko, dlatego, że obok niej siedział sam Justin Bieber, ale też, dlatego, że jechała w tak ekskluzywnym i drogim aucie jak to. Miała wrażenie, że wszyscy ludzie są ślepi. Nikt zbytnio nie zwrócił uwagi na auto warte kilka milionów albo nawet więcej. Może mieszkańcy Manhattanu do tego przywykli, ale na pewno nie Louise. Owszem, jej rodzice byli bogaci, ale nigdy nie widziała w garażu ojca tak drogich wozów. Większość pieniędzy wydawali na podróże lub na rzeczy, o których Louise nie wiedziała.
- Słuchasz mnie? – zapytał po raz trzeci Justin, lekko szturchając ją w ramię. Dziewczyna od razu zeszła na ziemię i spojrzała na niego.
- Ugh, przepraszam… Ja po prostu…
- Nigdy nie jechałaś w tak drogim aucie? – zapytał śmiejąc się, kiedy Louise pokiwała twierdząco głową – Można się przyzwyczaić.
- Więc, co mówiłeś? – spytała trzymając twardo ręce na swojej torbie. Żołądek ściskał się jej, kiedy Justin wciskał pedał gazu za każdym skrzyżowaniem.
- Pytałem, co chciałabyś zjeść na kolację? – powtórzył nie odwracając wzroku od jezdni.
- Ugh, wszystko mi jedno – odparła bez zastanowienia.
- Nie pomogłaś – zaśmiał się
- Lubię wszystko
- Nawet naleśniki ze szpinakiem?
- Tak
- A kurczaka w sosie słodko-kwaśnym?
- Też
- I nawet kanapki z masłem orzechowym i bananami?
- Nawet to
- Wow, naprawdę lubisz wszystko – podsumował patrząc w jej stronę najsłodszym i najszczerszym spojrzeniem, jakie kiedykolwiek Louise u niego dostrzegła. Widziała w nim zupełnie innego człowieka.
Nawet jego twarz wyglądała inaczej, niż wcześniej. Była zdrowsza. Nie miał już podkrążonych oczu ani zapadniętych policzków. Usta ciągle były wykrzywione w prawdziwym uśmiechu. Niczego nie udawał.

***

- Jesteś świadomy tego, że nie powinieneś jej tutaj przywozić? – powiedziała matka Kelsey w stronę Mike. Dziewczyna nadal siedziała w samochodzie a jej zdziwienie nie ustępowało. W jednej sekundzie nie rozumiała już niczego.
- Tak, ale…
- Nie ma żadnego, ale… Chodź za mną – powiedziała odwracając się od niego i kompletnie ignorując obecność córki, weszła zza róg.
Kelsey stała jak wmurowana w ziemię, kiwając, co raz szybciej głową, jakby chciała obudzić się z jakiegoś snu. Widząc, że Mike też ją ignoruje i idzie za jej matką, wyszła z auta i rzuciła się za nimi biegiem. Wbiegła zza róg i zdołała tylko zauważyć, że za ruiną znajduje się wielka żelazna brama i kolejny budynek, jednak nowszy i zadbany. Dostrzegła też masę czarnych terenowych aut. Poczuła ogromny ból w okolicy głowy, wrzasnęła i upadła na zimną ziemię.

***

Justin rozsiadł się wygodnie na białej kanapie, włączając telewizor. Louise natomiast poszła do pokoju, żeby przebrać się w wygodniejsze ciuchy. W ułamku sekundy przebrała się w krótkie dresowe spodenki i dopasowaną koszulkę na ramiączkach. Założyła na siebie rozpinany sweter i wróciła do salonu.
Zauważyła, że chłopak uśmiecha się szeroko na jej widok i po chwili uświadomiła sobie, że spodenki, które ubrała ledwo zakrywały jej tyłek. Zarumieniła się, odwracając wzrok w stronę telewizora. Usiadła obok Justina w pewnej odległości tak, żeby zachować między sobą dystans. Na stoliku stały dwa opakowania chińszczyzny, które Justin kupił na kolację. Nie wiedział jeszcze, co Louise chciałaby zjeść, ale pomyślał, że każdy lubi kurczaka z ryżem i makaron z sosem.
Jedli w ciszy oglądając jakiś program o delfinach na Discovery Channel.
- Myślę, że delfiny są dziwne – odezwała się pierwsza. Justin spojrzał na nią tak, że Louise zrozumiała, że ma mu wyjaśnić, dlaczego? – Po prostu są dziwne, i przerażają mnie.
- Pływałem z delfinami – dodał a dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Naprawdę? Nie bałeś się, że cię pożrą?
Justin zaśmiał się.
- Delfiny nie jedzą ludzi.
- Ale mimo wszystko nie weszłabym do wody, gdybym wiedziała, że te bestie tam pływają – odpowiedziała kończąc swoją porcję.
- Dotykałem też rekina
Oczy Louise rozszerzyły się gwałtownie z przerażenia.
- To znaczy, on dotknął mnie. Stałem w wodzie po kolana a on przepłynął koło mojej łydki i dotknął jej płetwą.
- Naprawdę? O mój Boże, to straszne! – krzyknęła, a chłopak zaczął się śmiać z wyrazu jej twarzy.
- Wcale nie, nie bałem się.
Tym razem to Louise zaczęła się śmiać nie wierząc, że chłopak mówi poważnie. Justin udawał obrażonego, odstawiając puste opakowanie na stolik.
- To wcale nie jest śmieszne. Mówię serio!
- Jasne, jasne – mówiła dławiąc się przez śmiech.
Wzięła puste pudełka i zaniosła je do kuchni. Kiedy wróciła, Justin trzymał na kolanach jej laptopa, którego już włączył.
- Mógłbyś zapytać czy możesz? – odpowiedziała na jego czyn, siadając obok. Czekała aż zapytaj ją o hasło.
- Podaj mi hasło – zapytał dosłownie po sekundzie. Dziewczyna zaśmiała się krótko i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że hasło do jej konta to jego nazwisko. Przybrała kamienną twarz.
- No, co? Nie mów mi, że to „kocham Justina” – zaśmiał się a Louise szybko kiwnęła głową.
- Moje imię, prawda?
Louise wyrwała z jego rąk laptopa i szybko wpisała hasło upewniając się, że nie widział, co pisze.
- Jestem pewien, że to „kocham Justina”
______

Przepraszam, że to długo czekaliście.Nie jestem nim zadowolona, wybaczcie.